IV

Tak, tok, tak, tok, tak, tok… Jurek powoli otwierał powieki, zalepione ropą i zaschłą krwią. Był ogromnie zmęczony. Nie mógł ruszyć się z bólu. Czuł, że nie leży, a jego zbolałe ciało ułożone jest w pozycji siedzącej. Głowa opierała się o coś chłodnego. Trzęsło. Porządnie trzęsło. Miał taką suchość w gardle, jakby po ciężkiej harówie w polu nie pił i to przez kilka dni. Ból rozsadzał mu czaszkę i klatkę piersiową. Gdy otworzył oczy, spostrzegł, że jest w pociągu. Tak, tok, tak, tok, tak tok. Maszyna jednostajnymi grzmotami usypiała. Na moment przysnął. Jednak świst lokomotywy i promienie słońca otrzeźwiły Jurka. Z trudem rozejrzał się po przedziale. Był sam. Na początku nie mógł nawet przypomnieć sobie co się wydarzyło. Zanim poskładał ostatnie wydarzenia pociąg stanął. Do przedziału wpadł konduktor z piskiem: koniec, trasy, wysiadka! Jurek przestraszony mozolnie ruszył w stronę wyjścia. Nie wiedział czego boi się bardziej. Tego, czy jego oprawca jest gdzieś blisko, czy tego, że zupełnie nie wie gdzie jest i co właściwie się dzieje. Kierownik pociągu zdawał się nie widzieć pokiereszowanego pasażera i dalej z krzykiem wyganiał ludzi z kolejnych przedziałów.

Jurek znów znalazł się na dworcu. Ale nie był to mały zapyziały dworzec w Siedlcach. Gdy się rozejrzał zobaczył, że dworzec jest duży i nowoczesny. Jego oczom ukazał się ogromny napis: Warszawa Centralna. Wszędzie byli ludzie. Szarzy i smutni, może nawet tak szpetni jak Jurek. Jednak nikt nie zwracał uwagi na pasażera bez bagażu. Boże! Plecak! Jurek zorientował się, że nie ma ani plecaka, ani marynarki. Z kieszeni spodni zniknęły pieniądze i dokumenty. Został mu tylko obrazek Czarnej Madonny przyklejony do piersi w kieszeni już nie białej koszuli. Jurek zachwiał się i ostatkiem sił dowlekł się do dworcowej ławki. Usiadł, schował brudną twarz w dłoniach i zaklął siarczyście. Tak jak jeszcze nigdy w życiu. Siedział taki przerażony jeszcze jakieś dwadzieścia minut. Jednak postanowił, że tak łatwo się nie podda. Nie wiedział jakim cudem znalazł się w pociągu do stolicy. Nie wiedział też kto i dlaczego spuścił mu taki łomot. Próbował powoli oceniać sytuację. Jeżeli jest już następny dzień, to znaczy, że jest dezerterem. Do jednostki miał stawić się najwyżej do północy. Nie miał dokumentów. A to może być większy problem niż brak pieniędzy. Wiedział, że w mieście za dużo nie da się kupić. Chyba, że za twardą walutę. A Jurek dolary tylko widział, nawet nigdy w ręku nie trzymał.

Otuchy dodawał mu fakt, że nie jest tu pierwszy raz. Był już w Warszawie z wujem Michałem. Michał Świerk był inżynierem, elektrykiem. Jurek dziwił się, że dziadkowie stryja posłali do szkół ale wdzięczny im był, bo Michał był dobrym duchem rodziny. Jednak w ostatnich latach podupadł na zdrowiu i musiał opuścić stanowisko w Zakładach na Żeraniu. Temu też się Jurek dziwił, bo wiedział, że stryj lubił swoją pracę i wyrabiał przynajmniej dwieście procent normy. Michał kilka razy zabierał Jurka do siebie na Żoliborz i razem godzinami łazili po stolicy. Jurek szczególnie lubił tramwaje i też chciał być inżynierem, albo chociaż motorniczym. Jednak nie miał ręki do elektryki i matematyki. Łatwiej mu szło na polskim. Skończył zawodówkę w Łukowie i myślał nawet o technikum. No ale wzięli go do wojska.

Znów ból głowy i czyjś pisk wybudził Jurka z gonitwy niespokojnych myśli. Cieńć many, cieńć many. Koleś w szarym garniturze, z kapeluszem mocno zsuniętym na oczy przysiadł się do młodego Świerka.

– W mordę! Człowieku! Czy wyglądam jakbym chciał cieńć many!???

– Szanowny panie, pan się nie oburza. Ja nikogo nie oceniam, nie pytam, nie dociekam skąd pan przybywasz. Ja tylko pytam czy walutę chcesz pan wymienić, czy nie? Krótka piłka i już mnie nie ma. Uszanowanie.

Cinkciarz skinął kulturalnie dłonią dotykając rondla kapelusza i zniknął tak szybko, jak się pojawił. Jurek bez skutku próbował skupić myśli i podjąć jakiekolwiek działanie, które poprawiłoby jego sytuację. Nie wiedział ile czasu siedzi na dworcowej ławce. Dopiero gdy typ od pieniędzy go zostawił zobaczył, że jest na peronie. Ból głowy powoli ustępował. O dziwo nie czuł już tak wielkiego pragnienia i głodu. Peron pustoszał. Z jego końca dochodziło dudnienie. Po chwili wyłoniła się grupa wyrostków. Z ich młodych gardeł wydobywało się coś w rodzaju śpiewu. Z całych swych młodych sił zawodzili coś o chceniu być sobą. Jak co dzień rano bułkę maślaną popijam kawą… Chciałbym być sobą! Chciałbym być sobą! Młoda generacja, która według kroniki filmowej zazwyczaj coś demolowała po koncertach, no chyba, że była zbyt zmęczona. Ktoś z obsługi dworca postraszył ich milicją. Młodzież nic sobie z tego nie zrobiła, a wręcz zaczęła śpiewać jeszcze głośniej. Jurek postanowił opuścić to miejsce. Zastanawiał się czy starczy mu siły i szczęścia aby dotrzeć na Żoliborz do stryja Michała. Próbował również przypomnieć sobie jak nazywają się służby w wojsku, które łapią takich niezdyscyplinowanych szeregowych. Czy to możliwe, że WSW już go szuka, a może i UB. Jerzy Świerk zaczynał poważnie zastanawiać się nad swoim beznadziejnym położeniem. Wstał z ławki. Ból jakby ustąpił. Którędy na Żoliborz?

Emilia Sz.

Maria Domańska

Dobre Historie zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci

Komentarze (0)

Ten wpis nie posiada jeszcze żadnych komentrzy.

Wypowiedz się na temat wpisu