Jurek idzie do wojska

Odcinek I

To było gorące lato. Żniwa miały być obfite. Jednak to wcale nie cieszyło. I tak wszystkiego brakowało. I tak istniało ryzyko, że nie uda się dobrze sprzedać zboża. Ze wszystkiego trzeba było się tłumaczyć. Rozliczać każdy kawałek mięsa. Pozostawała tylko radość z tego, że na wsi mimo wszystko było jeszcze co jeść. Czasem tylko brakowało cukru i papieru toaletowego, wiadomo. Ale tym, mało kto się przejmował. Wystarczała Trybuna Ludu i pochowany po kątach miód.

Wiatr tańczył ze starymi lipami. Wywijał walce i oberki jak na weselu. Mogło to zwiastować popołudniową burzę. Duchota utrzymywała się już od kilku dni. Zeszłej nocy tylko zamruczało, postraszyło i poszło. Maria milcząco krzątała się po kuchni. Skrzypiały drzwiczki od starego białego kredensu, brzdąkały łyżki i kubki. Ledwo co wstał dzień, a już miała ogarnięte kury, krowy i odśpiewane Godzinki. Trochę nerwowo spoglądała w stronę drzwi do pokoju dzieci. Wzdychając wzięła się za placki. Takie najlepsze, ze świeżego twarogu i jabłek. Nie brakowało w tym roku zielonych, kwaśnych papierówek. W małej kuchni mieszały się zapachy smażonego oleju, mleka i jagodzianek, które stygły pod lnianą ściereczką na parapecie.

Ogarnęła stół. Stare, wdzięczne drewno zatrzeszczało w podzięce. Maria zdjęła z ognia ostatnią porcję placków. Machnęła ścierką na muchy, które przyczajone również czekały na śniadanie. Zachrobotał kołowrotek. Wyszła na podwórko pomóc mężowi nosić wodę ze studni do obory. Już upał, a zaraz trzeba krowy wypędzać na łąkę. Józek uśmiechnął się do żony. On wstał jeszcze wcześniej niż Maria i wszystkie kury. Dał świniom, obrządził konia. Jak zawsze dojenie krów zostawił żonie i wziął się za porządki w stodole. Około siódmej spotkali się przy studni. Gdy napoili zwierzęta wrócili pod studnię opłukać ręce i już mocno spocone twarze. Teraz można iść na śniadanie. W kuchni już gwarno. Kazek i Bolek zdążyli już się pokłócić. Hela jak zwykle rozmarzona leniwie zaplatała warkocz podśpiewując: kiedy ranne wstają zorze. Tylko Jurek był całkowicie milczący. Dziś wyglądał wyjątkowo elegancko. W białej koszuli, kościołowych spodniach, uczesał nawet swoje niesforne ciemnoblond włosy. Milczał i uśmiechał się do młodszego rodzeństwa. Gdy do kuchni weszli rodzice dzieci wstały i chórem krzyknęły: pochwalony! Usiedli do śniadania. Góra placków i trzy dzbanki mleka zniknęły raz dwa. Buzia Kazika i Bolka, sześcioletnich bliźniaków błyszczała od połykanych w całości placuszków. Helenka, smagła dziewuszka o oczach jak dwa węgielki, gdyby tylko mogła śpiewała by zamiast jeść, ale chociaż mleka się opiła jak bąk.

Jurek skończył niedawno dziewiętnaście lat, był trochę za chudy nad czym ubolewała matka, ale nie brakowało mu krzepy, co doceniał ojciec. Jego wysokie czoło wydłużało i tak już smukłą sylwetkę. A trochę kanciasty nos dodawał mu zadziorności. Mało zjadł. Obserwował rodziców, przez dłuższą chwilę milczeli. W końcu Jurek zapytał:

– czemu nas nie obudziliście?

-A co, źle, że daliśmy wam dziś pospać? Maria machnęła ręką i nerwowo podrapała się po nosie. Zawsze tak robiła gdy się zamartwiała.

– Ojciec, a może ja jednak pojadę z tobą na marcjankowe łąki? Do piątej zdążymy choć trochę pookapiać.

Józef spojrzał ostro na syna, ale nie uniósł się, choć miał ochotę się wydrzeć.

– Powiedziałem, że nie, to nie. Dam se rade, a jak nie to bidy nie będzie. Jak zmoknie to i wyschnie. Siedź tu i wystrugaj coś dla brzdąców albo co poczytaj. Albo idź i się zdrzemnij.

Helena, jak na swoje dziewięć lat sporo rozumiała z tego co się dzieje i również zorientowała się, że rodzice już sami obrządzili. Tylko bliźniaki beztrosko zajęły się łapaniem natrętnych much swoimi pulchnymi rączkami.

Józek bez słowa ruszył na podwórze zaprzęgać kasztanową starą Duckę. Kobyła prychała wesoło i zdawało się, że tylko jej nie ciąży czerwcowy upał. Helenka pomogła mamie posprzątać i pozmywała naczynia. Bliźniaki miały dziś za zadanie zbierać jabłka, a potem iść na jagody z siostrą. Jednak ociągali się. Nie spieszno im dziś było ani do zabawy ani do roboty. Maria nie wytrzymała. Usiadła na zydelku pod kaflową kuchnią i pochlipywała.

-Oj mama nie płacz, dwa lata to nic, z resztą przepustki będą, nie płacz matka.

Bolek ciągnął Helenkę za rękaw i szeptem pytał czemu mama płacze? Hela również półgłosem odpowiedziała:

– Jurek idzie do wojska.

Emilia Sz.


Maria Domańska
 
 
Dobre Historie zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci

Komentarze (2)

Mz - 1 sierpnia 2020 o 00:11 Odpowiedz

1 tekst a juz zdania perełki. Drewno zatrzeszczało w podzięce
:))))

Agata - 6 sierpnia 2020 o 23:00 Odpowiedz

Zapowiada się ciekawie…

Wypowiedz się na temat wpisu